Wyjechałam z domu o czasie, ale kto by się spodziewał, że po 7 rano utknę w korku!
Jadę, jadę, już blisko stacji, a pociąg za dwie minuty....widzę parking, podjeżdżam zostawiam samochód i biegnę..... jest! Jeszcze minuta do przyjazdu pociągu, nie spóźniłam się! Ale dotarło do mnie, że nie mam pojęcia czy ten parking na którym zostawiłam samochód nie jest jakimś prywatnym parkingiem i czy przypadkiem nie będzie wieczorem "niespodzianki" za wycieraczką lub na kole.....
Po dojeździe do Londynu miły pan z obsługi stacji zadzwonił na moją stację, żeby poszukali mojego samochodu i sprawdzili czy mogę stać gdzie stoję... nic mi to nie dało, bo mojego samochodu i tak nie znaleźli, wiec my dalej w niewiedzy, już prawie spóźnione do Googla i już z mega ogromną głupawką pobiegłyśmy po coś do picia, kupiłyśmy bilety i wsiadłyśmy do metra...
Po warsztatach idziemy na metro i co? Monia posiała gdzieś bilet, wiedziałam, że jak się tak elegancko zorganizuję to coś takiego się przydarzy ale tego już było za wiele, po znalezieniu supervisora i wybłaganiu darmowego przejazdu w jedną stronę wpadamy jak szalone go metra i co KATASTROFA.... Nasza Kasia, w pośpiechu nie zakręciła sobie butelki (z soczkiem malinowym) i wylała jej zawartość jednym wielkim "Chlupppp" na pewnego pana w metrze!!!!!!! Hahahahahahah!
Nie mogłam wytrzymać, zaczęłam się śmiać jak wariatka, wiem nie powinnam, ale jeszcze teraz mam przed oczami, jakby w zwolnionym tempie jak ona tę butelkę przechyla a później ze łzami w oczach (ze śmiechu i wstydu) błaga pana o wybaczenie i oferuje mu moją ostatnią chusteczkę higieniczną!!!! Śmiech, wstyd, histeria, płacz wszystko naraz, ludzie w metrze patrzą na nas jak na wariatki, a nas opanowuje coraz większa głupawa!
A najlepsze, że to nie koniec przygód, Kasia, jak z resztą zawsze, miała na sobie piękny makijaż. Piękny rozświetlający cień, maskara i cudnie wypracowana kreska zrobiona zielonym wodoodpornym eye-linerem.... Zielone łzy ze śmiechu ciekły jej po całej twarzy, nosie, policzkach, eye-liner rozmazał się na calutkiej powiece..... po czym po dotarciu do Westfield w toalecie okazało się że mimo że eyeliner nie poradził sobie ze łzami, to krem (pożyczony od przypadkowej bardzo miłej dziewczyny) zupełnie go nie rusza....
W końcu udało nam się doprowadzić do stanu "normalności" przy małej pomocy kosmetyków w Boots i wybrałyśmy się na kawę z Arthurem (KLIK), i reszta dnia była już nieco spokojniejsza, aczkolwiek głupawka nie opuściła nas jeszcze do teraz ;)
Po zakupie nowego biletu i nowej pary butów wróciłam do domku i przygotowuję dla was filmik z kolejnymi pomysłami na świąteczne prezenty ;)
A filmik z dzisiejszego dnia i ze spotkania z Arthurem będziecie mogli niedługo zobaczyć u Kasi.
Zapraszam na kilka zdjęć z dzisiejszej szalonej wyprawy ;)
Buziaki! Daga







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz