poniedziałek, 4 marca 2013

Czy dziś jest 13sty Piątek?????

U nas dziś dziewczyny było jak w piątek 13stego... 



Jak część z was wie wybrałyśmy się dziś z Kasią  do Londynu na Google Workshop. Ja przygotowana na wyjazd od miesiąca zadzwoniłam wczoraj do Kasi, żeby upewnić się że wsiądzie do tego samego pociągu co ja, nastawiłam budzik na 06:30 spakowałam się nawet wieczorem...taka organizacja rzadko się u mnie zdarza. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, ale COŚ musiało pójść nie tak.....

Wyjechałam z domu o czasie, ale kto by się spodziewał, że po 7 rano utknę w korku! 
Jadę, jadę, już blisko stacji, a pociąg za dwie minuty....widzę parking, podjeżdżam zostawiam samochód i biegnę..... jest! Jeszcze minuta do przyjazdu pociągu, nie spóźniłam się! Ale dotarło do mnie, że nie mam pojęcia czy ten parking na którym zostawiłam samochód nie jest jakimś prywatnym parkingiem i czy przypadkiem nie będzie wieczorem "niespodzianki" za wycieraczką lub na kole.....

Po dojeździe do Londynu miły pan z obsługi stacji zadzwonił na moją stację, żeby poszukali mojego samochodu i sprawdzili czy mogę stać gdzie stoję... nic mi to nie dało, bo mojego samochodu i tak nie znaleźli, wiec my dalej w niewiedzy, już prawie spóźnione do Googla i już z mega ogromną głupawką pobiegłyśmy po coś do picia, kupiłyśmy bilety i wsiadłyśmy do metra...  

Po warsztatach idziemy na metro i co? Monia posiała gdzieś bilet, wiedziałam, że jak się tak elegancko zorganizuję to coś takiego się przydarzy ale tego już było za wiele, po znalezieniu supervisora i wybłaganiu darmowego przejazdu w jedną stronę wpadamy jak szalone go metra i co KATASTROFA.... Nasza Kasia, w pośpiechu nie zakręciła sobie butelki (z soczkiem malinowym) i wylała jej zawartość jednym wielkim "Chlupppp" na pewnego pana w metrze!!!!!!! Hahahahahahah! 
Nie mogłam wytrzymać, zaczęłam się śmiać jak wariatka, wiem nie powinnam, ale jeszcze teraz mam przed oczami, jakby w zwolnionym tempie jak ona tę butelkę przechyla a później ze łzami w oczach (ze śmiechu i wstydu) błaga pana o wybaczenie i oferuje mu moją ostatnią chusteczkę higieniczną!!!! Śmiech, wstyd, histeria, płacz wszystko naraz, ludzie w metrze patrzą na nas jak na wariatki, a nas opanowuje coraz większa głupawa! 

A najlepsze, że to nie koniec przygód, Kasia, jak z resztą zawsze, miała na sobie piękny makijaż. Piękny rozświetlający cień, maskara i cudnie wypracowana kreska zrobiona zielonym wodoodpornym eye-linerem.... Zielone łzy ze śmiechu ciekły jej po całej twarzy, nosie, policzkach, eye-liner rozmazał się na calutkiej powiece..... po czym po dotarciu do Westfield w toalecie okazało się że mimo że eyeliner nie poradził sobie ze łzami, to krem (pożyczony od przypadkowej bardzo miłej dziewczyny) zupełnie go nie rusza.... 

W końcu udało nam się doprowadzić do stanu "normalności" przy małej pomocy kosmetyków w Boots i wybrałyśmy się na kawę z Arthurem (KLIK), i reszta dnia była już nieco spokojniejsza, aczkolwiek głupawka nie opuściła nas jeszcze do teraz ;) 

Po zakupie nowego biletu i nowej pary butów wróciłam do domku i przygotowuję dla was filmik z kolejnymi pomysłami na świąteczne prezenty ;) 
A filmik z dzisiejszego dnia i ze spotkania z Arthurem będziecie mogli niedługo zobaczyć u Kasi.

Zapraszam na kilka zdjęć z dzisiejszej szalonej wyprawy ;) 
















Buziaki! Daga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz